Środa Śląska

Wołów

Ścinawa

Pęcław

Głogów








Szukaj w serwisie




Legendy i opowieści  >>  Ścinawa

LEGENDY ZIEMI ŚCINAWSKIEJ


"O KSIĘCIU KONRADZIE I ŚCINAWSKIM PIWIE"

     Książę Konrad ze Ścinawy, zwany też Kobiałką z powodu swego garbu, był kanonikiem katedralnym i  proboszczem Katedry we Wrocławiu. Cichy i skromny ten człowiek miał tylko jedną namiętność: przepadał za dobrym piwem. A w Ścinawie, małym dziś miasteczku w powiecie wołowskim, starodawnej siedzibie piastowskich książąt, warzono od dawna doskonałe piwo, którego sława sięgała daleko. Miał więc książę zawsze pod dostatkiem swego ulubionego napoju. A oto co zakłóciło jego spokojny żywot.
     Książę Henryk III głogowski , dbały o to, by ród swój ozdabiać coraz to nowymi zaszczytami, wyjednał dla swego brata arcybiskupstwo w Salzburgu. Rad nie rad wyruszył więc Konrad w podróż, aby objąć rządy w diecezji. Podróż była długa i uciążliwa, a gdy dotarł wreszcie do Wiednia, wyczerpał się zabrany przezornie na drogę zapas ulubionego piwa. Jakież było przerażenie biednego księcia, gdy w Wiedniu dowiedział się, że w Salzburgu nie wyrabiają w ogóle piwa i ze pije się tam tylko wino. Gdy mu o tym powiedziano, ani słyszeć nie chciał o wszystkich arcybiskupich godnościach i natychmiast kazał zawrócić, a po niedługim czasie dojechał szczęśliwie z powrotem do Ścinawy.
     Ale niestety jego brat nie okazał żadnego zrozumienia dla upodobań biednego piwosza. dowiedziawszy się o lekkomyślnym postępku Konrada, kazał go Henryk jako człowieka niespełna rozumu zamknąć pod strażą na wieży swego starego zamku w Głogowie. Tam też, w 1304 r. pozbawiony swego ulubionego trunku Konrad w smutku życia dokonał.

PODANIA DOLNOŚLASKIE

"CZAROWNICA I CHLEB Z TWAROGIEM"

     Dawno temu, w czasach polowań na czarownice, żyła w Dłużycach stara baba o nazwisku Kreczmar. Mieszkańcy tej wsi uważali ją za czarownicę. Samo podejrzenie, że w w danej społeczności żyje wiedźma, było dla miejscowej ludności ogromną hańbą. Dlatego skazano nieszczęsną kobietę na śmierć przez powieszenie. W czasie, kiedy przystąpiono do egzekucji, nad wzgórzem nad którym ustawiono szubienicę, rozszalała się potężna wichura. Pośród błyskawic, grzmotów i niekończącej się ulewy zawisł nad okolicą trup starej Kreczmar. Wzgórze to obecnie nosi nazwę Wzgórza Czarownic. Dopiero po kilku dniach pochowano zwłoki w gęstych zaroślach, z dala od domostw, w niepoświęconej ziemi pomiędzy Parszowicami i Dłużycami. w osłupienie i ogromne zdziwienie wpadli grabarze, wracający do swych domostw, ujrzeli bowiem wiedźmę Kreczmar wyglądającą przez okno w dachu. Baba śmiałą się szyderczo i z wielkim apetytem zajadała chleb z twarogiem, który zawsze bardzo lubiła.

"O NIESZCZĘŚCIE ZABITO CZŁOWIEKA ZA 6 GROSZY"

     Pośród pól, przy drodze do Parszowic do Dłużyc stał niegdyś krzyż pokutny wykuty w kamieniu. Zwietrzały napis, wyryty na nim głosił: „O nieszczęście zabito człowieka za 6 groszy”.
Były to czasy, kiedy w okolicy grasowały liczne bandy rabusiów i rzezimieszków. Pewien organista z Parszowic został wezwany przez proboszcza na uroczystość kościelną i zmierzał polną drogą do Dłużyc. Księżyc jasno oświetlał mu ścieżkę, gdy nagle został napadnięty i zamordowany przez okolicznych rozbójników. Jednak nie cieszyli się oni zbyt długo wolnością, gdyż szybko zostali ujęci i osadzeni w ścinawskich lochach. Osądzono ich bardzo surowo, a dodatkowo mieli własnoręcznie wykuć kamienny krzyż i umieścić go w miejscu zbrodni. W związku z tym, że ograbiony organista posiadał przy sobie tylko 6 groszy, za które postradał życie, oprawcy musieli wykuć na krzyżu napis „O nieszczęście, zabito człowieka za 6 groszy”. Zanim ustawiono krzyż do wykopanego dołu, na pamiątkę, wrzucono 6 złotych groszy. Jeśli komuś uda się odnaleźć pierwotne miejsce ustawienia krzyża, temu na pewno uda się odnaleźć złoto.

"JEZIORKO NAPOLEONA"

     W kierunku północno – wschodnim od wsi Zaborów , znajduje się malownicze jeziorko, które powstało z odnogi Odry. Starsi opowiadają, ze w 1813 r. w okolicach Dziewina sam cesarz Napoleon Bonaparte wraz ze swoja armią przeprawiał się przez Odrę na wschód. Cesarz oprócz licznych wojsk zabierał ze sobą ogromne zapasy żywności, odzieży i różnych bogactw, nie przewidywał nawet w najgorszych snach, jak druzgocąca spotka go klęska i jak żałosny będzie odwrót jego niezwyciężonej armii.
     Na jednym z licznych wozów znajdowała się potężna skrzynia wypełniona srebrnymi i złotymi monetami – była to bowiem kasa cesarska. W czasie przeprawy przez rzekę, pękła oś w nadmiernie obciążonym wozie i cały cenny ładunek zaczął znikać pod wodą. Na nic zdał się wysiłek zrozpaczonych żołnierzy i opór zmęczonych koni – głębia pochłonęła skarb na zawsze. Krążą pogłoski, ze tylko jednemu człowiekowi, rybakowi za Zaborowa o nazwisku Pol, udało się żerdzią dotknąć skrzyni ze skarbem. Niestety, kiedy pobiegł do wsi aby wezwać sąsiadów, by pomogli mu wydobyć cenny ładunek, mimo długich poszukiwań, nie potrafił już wskazać miejsca, w którym natknął się na skrzynię. Czy warto mieć nadzieję, że oczy ludzkie ujrzą kiedyś zatopiony skarb?
 

"BRACIA Z ZABOROWA"

     W pewien ciepły, pogodny wieczór dwaj bracia wybrali się na tańce do odległych Prochowic. Jeden z nich był przystojny, miał czarujący sposób bycia i wspaniale tańczył, dlatego cieszył się niezwykłym powodzeniem u dam. Drugi zaś był niezbyt urodziwy i gburowaty, toteż panny stroniły od niego. W czasie zabawy brzydal przyglądał się rozbawionemu bratu i zżerała go zazdrość. W końcu postanowił, że wróci wcześniej do domu, gdyż dość miał podpierania ściany i przyglądania się rozbawionej młodzieży. W drodze powrotnej zastanawiał się, w czym to brat jest lepszy od niego, dlaczego wszystko przychodzi mu tak łatwo?
     W końcu chory z zazdrości chłopak zaczaił się na brata w lesie, niedaleko Wielowsi. Długo czekał, aż wreszcie nad ranem pojawił się rozbawiony młodzieniec, wówczas napadł go i zamordował, a ciało ukrył w gęstych zaroślach. Jak to zwykle bywa jego zbrodnia szybko wyszła na jaw, zaś on został uwięziona i skazany na długi pobyt we więzieniu.
     Dla upamiętnienia tej okrutnej zbrodni musiał wykuć w kamieniu krzyż pokutny z aureolą i ustawić go na miejscu bestialskiego mordu.
     Obecnie krzyż ten znajduje się przed kościołem parafialnym w Wielowsi. Oglądając go, wspominamy dwóch braci z Zaborowa i okrutną zbrodnię bratobójstwa.

"SOLNA DZIURA"

     W połowie drogi z Zaborowa do Jurcza, po lewej stronie, znajduje się niezwykłe jeziorko. Nie byłoby w nim niczego niezwykłego, gdyby nie fakt, że nie wiadomo dlaczego woda rzadko tam zamarzała, nawet podczas silnych mrozów. Okoliczni, starzy mieszkańcy nazywają ją Solna Dziura i wyjaśniają to tak:

Latem, pewnej bezksiężycowej, pochmurnej nocy, zamożny kupiec ze Ścinawy jechał drewnianym wozem, którego skrzynia była po brzegi wypełniona solą. Podróż z Legnicy trwała już kilka godzin, toteż woźnica i ciągnące wóz zwierzęta, zboczyły z drogi w poszukiwaniu wody. Wkrótce dotarły nad brzeg jeziorka i uszczęśliwione zaczęły pić, nie bacząc, że nadmiernie obciążony wóz zaczął staczać się ze skarpy. Krzyk przestraszonego ptaka, dosłownie w ostatniej chwili obudził zmęczonego woźnicę. Niestety ledwie sam zdążył ujść z życiem, woły razem z ciężkim ładunkiem w kilka chwil zniknęły pod bulgoczącą topielą. Od tego zdarzenia wody jeziorka są słone i rzadko się zdarza, by pokrywał je lód.

"BLIŹNIACY"

     Onegdaj, we wsi Tymowa, mieszkał owdowiały kościelny ze swą piękną córką Maliną. W dziewczynie kochali się dwaj bracia bliźniacy, synowie drwala, mieszkającego w starej chacie pod lasem. Długo trwały ich starania o względy urodziwej Maliny. Jednakże ta nie mogła zdecydować się, który bliższy jest jej sercu i któremu oddać rękę. Mijały miesiące a dziewczę wciąż wahało się, aż bracia zdecydowali, że spór rozstrzygnie pojedynek . gdy stanęli na leśnej polanie gotowi,  przelać braterską swą krew, niebo zasnuły ciemne chmury. W chwili gdy skrzyżowali topory, rozległ się potężny grzmot i w oślepiającym blasku obaj bracia padli śmiertelnie rażeni piorunem.
     Malina długo błąkała się bez celu pustymi, leśnymi ścieżkami. Nękana wyrzutami sumienia, zamówiła u kamieniarza dwa jednoramienne, symbolizujące braci – bliźniaków, krzyże i ustawiła je przy drodze, gdzie po raz pierwszy ujrzała chłopców.
A w rok po śmierci braci z żalu i bólu zmarła przy głazach.
Krzyże te kamienne po dziś dzień stoją przy drodze, nieopodal Tymowej.

"JAK SIWOSZ POUCZYŁ PRZEWODNIKA"

     W dawnych czasach, kiedy to jeszcze nie było mostów na Odrze, podróżnych przez rzekę przeprawiał łodzią przewoźnik. Często zdzierał jednak ze swoich pasażerów ostatni grosz, dlatego nie cieszył się on najlepszą sławą. W pewien ciepły, letni wieczór, gdy księżyc srebrzył wody rzeki, niespodziewanie ciemne chmury zasnuły całe niebo i nagle zrobiło się zupełnie ciemno. Umilkły spłoszone ptaki, przerwany został hałaśliwy koncert żab i nastał przerażająca cisza ... wtem z przeciwnego brzegu rzeki rozległo się rozpaczliwe wołanie” Przepraw mnie, przepraw mnie ...” jakież było zdziwienie przewoźnika, kiedy po przybyciu na drugi brzeg,  nikogo tam nie zastał.
     Następnego wieczoru sytuacja powtórzyła się, znów ktoś jęczał i nawoływał z sąsiedniego brzegu. Przestraszony przewoźnik docierając na druga stronę, z daleka widział jakąś niewyraźną, przygarbioną postać. Łódź właśnie zbliżała się do brzegu, gdy nagle biała jak mleko mgła szczelnie otuliła pochyloną sylwetkę nieznajomego. Trzciny zaszeleściły niespokojnie, jakiś ptak krzyknął ostrzegawczo. Przewoźnik nie mógł przyjrzeć się pasażerowi, który osłaniał się siwą, obszerną kapotą. Wsiadając mruczał cos niewyraźnie i cicho pojękiwał. Nie odpowiadał na żadne pytania, tylko pośpiesznie zajął miejsce z tyłu łodzi, która pod jego ciężarem gwałtownie się zakołysała i zanurzyła do poziomu lustra wody. Wiosłujący czuł dziwny niepokój i ogarniał go coraz większy strach, gdyż niespodziewanie przypomniał sobie opowiadania o tajemniczym, sprawiedliwym Siwoszu ... Płynęli tak w milczeniu i jakieś niedopowiedzenie wisiało między nimi, kiedy łódka niespodziewanie zatrzymała się  na środku rzeki. Niezwykła, potężna siła blokowała wiosła i mimo, iż mięśnie ramion przewoźnika pękały od wysiłku, pot zalewał mu oczy, wszystkie żyły prężyły w ciele, nie udało mu się przemieścić łodzi nawet o centymetr. Wreszcie po wielogodzinnym, zdawało się wieki trwającym morderczym wysiłku, dotarł omdlały do brzegu. Wówczas odgarnął z czoła zlepione kosmyki włosów i spojrzał uspokojony na tył łodzi, okazało się jednak, ze nie ma w niej nikogo. Tajemniczy pasażer, jakby rozpłynął się w powietrzu!
     Po kolacji odwiedził przewoźnika przyjaciel. Do późnej nocy rozprawiali o tym, co wydarzyło się wieczorem. Próbowali w jakiś logiczny sposób wytłumaczyć tę niecodzienną przygodę. W końcu gość ni to stwierdził, ni to zapytał: - Czy ta historia nie jest czasami ostrzeżeniem? Może  zbyt dużo pobierasz za przeprawy? I w tym momencie dobiegło z przeciwległego brzegu wołanie, od którego rozmówcom włosy zjeżyły się na głowach: „Przepraw mnie, przepraw mnie ...” 
 

"FIGLE SIWOSZA"

     Park miejski, w pobliżu murów obronnych, był ulubionym miejscem spacerów Ścinawy. Jednak od pewnego czasu zaczęło tam straszyć. Któregoś wieczora, starszy mieszkaniec Ścinawy. Jednak od pewnego czasu zaczęło tam straszyć. Któregoś wieczora, straszy mieszkaniec Ścinawy wracał pijany z karczmy. Kiedy zbliżał się do mostku, na Zimnicy, z pobliskich zarośli usłyszał tajemnicze pomruki i stąpania. Niczego nie podejrzewając, szedł dalej. Po chwili znów usłyszał odgłos, przypominający tętent końskich kopyt. Obejrzał się – wokół nie było żywej duszy. Nagle poczuł przerażenie, że tajemnicza postać, o ciele kozła, wskoczyła mu na plecy. Oszalały ze strachu mężczyzna próbował zrzucić przygniatający go ciężar – na próżno. Jeździec trzymał się mocno.
     Wtedy puścił się biegiem do domu. Kątem oka, przebiegając polanę zobaczył, jak przy granicy krzewów, na skraju Zimnicy, stoi mglista postać a kosturem trzymanym w wyciągniętej ręce, wskazuje na niego. Dopiero po przekroczeniu progu swojego domu, odczuł ulgę. Dręczącej go zmory już nie było.
     Od tego wydarzenia, okoliczni mieszkańcy opowiadali, ze mógł to być Siwosz. Postać tajemnicza i nieznana, krążąca po Odrze i Ścinawie, ni to duch ni to zjawa. Od wieków nazywana przez mieszkańców miasta Siwoszem, a posiadająca taką moc, , iż wszelkiego rodzaju biesy, kozły i inne dziwadła były na jego usługach. Nie miał on jednak zwyczaju, dręczyć i krzywdzić nikogo, bez przyczyny. Po tym zdarzeniu, ludzie bojąc się nieznanej siły, zaprzestali chodzenia nocą przez mostek. A ów mężczyzna, ku zadowoleniu swojej rodziny, przestał odwiedzać karczmę i opowiadać o dręczących go zmorach.
 

"MŁODZIENIEC, SIWOSZ I STARY DĄB"

     Na zachodnim skraju ścinawskich łąk nadodrzańskich rósł prastary dąb. Nikt nie pamiętał, kiedy go zasadzono. Potężne to drzewo, miało prawie sześć metrów obwodu. W tradycji ludowej zwano go dębem samobójców.
     Dawno temu żył sobie w Ścinawie młodzieniec, którego powszechnie znano z hulaszczego trybu życia. Widywano go często w gospodach i zajazdach lub włóczącego się po okolicy. Nicpoń był to wprawdzie i próżniak , ale wprost do przesady dbał o swój wygląd. Zamówił więc u mistrza krawieckiego najlepsze ubranie, z najlepszego sukna. Kiedy garnitur był gotowy, odebrał go, ale krawcowi za wykonaną pracę nie zapłacił. Matka upominała, aby nie zwlekał z zapłatą, lecz on nic sobie z tego nie robił. Natomiast krawcowi wiodło się coraz gorzej, coraz bardziej brakowało pieniędzy. Niedługo potem poważnie rozchorował się i wkrótce zmarł.
     Po śmierci krawca, młodzieniec dręczony wyrzutami sumienia, zatęsknił do uczciwego i spokojnego życia. Jednak sąsiedzi odwrócili się od niego, wytykając palcami mówili, że to on ponosi winę za śmierć krawca. Znosił to przez miesiąc, rok, dwa lata, trzy, aż w końcu poddał się. „Na co mi takie życie?” pomyślał i poszedł w kierunku nadodrzańskich  łąk. Zatrzymał się pod ogromnym, starym drzewem. Długo tam rozmyślał. Mieszkańcy Ścinawy widywali go tam jeszcze przez kilka dni. Aż zginął. Nikt nie wiedział, co się z nim stało.
     Od tamtej pory, w czasie długich nocy, podczas pełni księżyca, można było zobaczyć, jak krąży wokół starego dębu wysoki, chudy mężczyzna o krogulczym nosie i wielkich, płomiennych oczach. Widmo nie czyniło nikomu krzywdy. Przywoływało jednak obrazy sprzed lat: starego krawca i nieszczęsnego młodzieńca, którego ciche wołanie snuło się po łąkach: „Siwoszu ... Siwoszu... Siwoszu..., biada mi”.

"BIAŁE RÓŻE"

     Biskup wrocławski Wawrzyniec, herbu Doliwa, był postacią historyczną. Diecezją wrocławską rządził na początku XIII w. Znany był powszechnie jako człowiek o wysokiej kulturze i miłośnik róż, które z upodobaniem jako pierwszy w Polsce hodował. Był także doradcą księcia Henryka Brodatego. Ze szwagrem księcia brał nawet udział w wyprawie wojennej przeciw pogańskim plemionom Prusów. Budował wiele kościołów, cieszył się dobrym zdrowiem i nigdy nie chorował.
     Chętnie czas wolny spędzał we wsi Przychowa, należącej wówczas do biskupów wrocławskich. Tam całe dnie chodził  wśród ludzi, wytrwale pracujących na roli. Patrzył na rozkołysane wiatrem łany zbóż i spacerował po pachnących łąkach. Kiedy był już w podeszłym wieku, po nawale pracy, zapragnął raz jeszcze wymknąć się na kilka dni do swej letniskowej wioski. Zmęczony podróżą, udał się wcześnie na spoczynek. W sypialni stały jego ulubione, białe róże. Rano znaleziono biskupa martwego.
     Później opowiadano, ze podobno powodem jego śmierci był silny zapach zbyt wielkiej ilości kwiatów. A może pobożny sługa Chrystusa zasłużył na lekką śmierć w ulubionej wiosce, wśród tych, którzy go kochali?

"BUDOWA KOSCIOŁA W PRZYCHOWEJ"

     We wsi Przechowa stoi piękny osiemnastowieczny kościół, wybudowany z inicjatywy biskupów wrocławskich. Nikt dziś nie pamięta, ze przed rozpoczęciem jego budowy miało miejsce dziwne zdarzenie.
     W dawnych czasach – jak mówią stare kroniki – mieszkańcy Przychowej zamierzali wybudować swój kościół na „Młyńskiej Górze”, należącej do sąsiedniej wsi Buszkowice. Kiedy materiał na budowę został zgromadzony, wydarzyła się rzecz niezwykła. W ciągu jednej nocy tajemne siły budulec ten przeniosły w miejsce, gdzie niegdyś znajdował się drewniany kościółek. Po tym zdarzeniu zdecydowano o budowie kościoła na starym miejscu.

"O ZAGINIONYM ZAMKU"

     Nie znajdziesz dzisiaj nawet najmniejszego śladu po zamku, który stał niegdyś pomiędzy wsiami Przychowa i Buszkowice. Źródła historyczne też na ten temat milczą. Jedynie wśród prostego ludu długo trwała o nim pamięć.
     Podobno właścicielem zamku był człowiek, nie stroniący od uciech, a przy tym porywczy i gwałtowny. Często wpadał na szalone pomysły. Okoliczni poddani musieli spełniać wciąż to różne jego żądania i najdziwniejsze kaprysy. Pewnego razu zostali zmuszeni do rozsypania całego zapasu mąki, z pobliskiego wiatraka, po drogach wokół zamku. To wystarczyło, .że niebawem przebrała się miarka, a ludzie swego gniewu już nie kryli.
     Wkrótce potem, w księżycową noc, gdy na zamku ucztowano hucznie i wesoło, znienacka zerwała się straszliwa burza. W budowlę uderzył piorun i ogień wyrósł w okamgnieniu.  Nikt z biesiadników nie ocalał, a zamek zamienił się w ruinę, grzebiąc pod zwałami gruzów ogromne skarby. Niemym świadkiem tych wydarzeń pozostał jedynie wiatrak, znajdujący się nieopodal Buszkowic.

"BICIE DZWONU"

     Po utracie kościoła na początku XVI w., ścinawscy katolicy wybudowali własną świątynię dopiero w 1841 r. Cóż to była za radość! Jednocześnie zadbali o bogaty wystrój kościoła. U mistrza ludwiarskiego zakupili trzy spiżowe dzwony, z których dwa, wkrótce jednak musieli oddać na potrzeby toczącej się wojny. Pozostał tylko jeden – najokazalszy.
     Był mroźny styczeń 1945 r. Wojska sowieckie szybko zbliżały się do lini Odry. Ścinawianie byli święcie przekonani, że Rosjanie zatrzymają się nad rzeką i zakończy się wojna. Tymczasem wojska radzieckie zaczęły ostrzeliwać miasto. Mieszkańcy byli zrozpaczeni, nie pozostało im nic innego, jak ratować się ucieczką. Pospiesznie załadowali na wozy swój dorobek. Ale nie można było zabrać dzwonu – symbol ich więzi ze swoim kościołem. Nie chcąc, aby wpadł w obce ręce, postanowili dzwon zakopać na pobliskich łąkach.
     Po wojnie niemal wszyscy dawni mieszkańcy opuścili miasto. W ich miejsce przybyli osadnicy, którzy bardzo zniszczoną Ścinawę musieli rozebrać, pozostawiając wolne miejsce. Pamięć o dzwonie popadła w głuche zapomnienie.
     Podobno, jeśli ktoś przejdzie się po nadodrzańskich łąkach w dniu świąt kościelnych, usłyszeć może dziwne bicie tajemniczego dzwonu.

"UPIÓR KATA"

     Przy murze obronnym miasta, tuż przy dawnej bramie łaziennej, stał niegdyś dom ścianwskiego mistrza katowskiego. W dawnych czasach kat w mieście był osobą powszechnie szanowaną i poważaną. Na wszelki wypadek jednak mieszkańcy obchodzili jego dom wielkim kołem. Nie wiadomo, co takiemu wpadnie do głowy – mówili.
     Minęły lata. Kata w Ścinawie już nie było. Pozostał tylko jego dom, który w dalszym ciągu nie cieszył się dobrą sławą.  Powszechnie wierzono, ze to „złe miejsce”. Nikt z mieszkańców miasta nie poszedłby tam wieczorem dobrowolnie. Ponadto opowiadano, ze nocami dochodziło stamtąd głośne gwizdanie i siorbanie oraz pojawiały się i gasły jakieś światła. Czasem też, gdy księżyc zbliżył się do pełni, widziano obok domu wysokiego, brodatego mężczyznę, w czarnym stroju, jakie noszono w wiekach średnich. Podobno był to duch kata Karosa, który musiał pokutować, za swoje niezgodne z etyką katowską czyny. Wtedy też z jego ręki zginęło wielu niewinnych ludzi. Jego duch musiał, więc krążyć po ziemi, by nigdy nie zaznać spokoju. Od czasu, kiedy dom kata został zburzony, zjawy przestały się pojawiać!

"TAJEMNICA BIAŁEJ DAMY ZE ŚCINAWY"

     Przytoczona tu opowieść nie jest legendą, lecz wydarzyło się to naprawdę, w latach trzydziestych minionego wieku. W bezchmurne noce, około północy, pojawiała się czasem postać w białych powiewnych szatach. Przechadzała się ona po ulicy Lipowej, by nagle, niespodziewanie zniknąć między domami.
     Wieść o Białej Damie rozeszła się lotem błyskawicy po mieście i okolicy. Ludzie mówili, ze to duch niewiernej małżonki. Opowiadano też, że to duch czarownicy, niegdyś ponoć spalonej na stosie w mieście. Domysłom nie było końca. Jednak strach zrobił swoje. Mężczyźni, którzy zwykle do późnego wieczora przesiadywali przy piwie, teraz wracali jeszcze przed zapadnięciem zmroku. Nikt też nie odważył się na wieczorny spacer. Nawet stróże porządku, nie pojawiali się na ulicach, w tej okolicy.
     Pewnego razu jeden młody śmiałek założył się z kolegami, ze zbada tę sprawę. Po kilku dniach, odważny młodzieniec ruszył zobaczyć widmo. Gdy ujrzał zjawę, nagle zrobiło mu się słabo, był półprzytomny. Jednak po chwili doszedł do siebie i o dziwo, w postaci w bieli, rozpoznał znajomą kobietę ze swojej ulicy.
     Wkrótce okazało się, że jej mąż przebywał za jakieś drobne przewinienia w tutejszym więzieniu, przy ulicy Lipowej. Natomiast ona chodziła często nocą, otulona białą peleryna, pod okna więzienia, aby porozmawiać z mężem.

Legendy Ziemi Ścinawskiej”, Stowarzyszenie „Mała Ojczyzna”