Środa Śląska

Wołów

Ścinawa

Pęcław

Głogów








Szukaj w serwisie




Legendy i opowieści  >>  Pęcław

POKUTUJĄC W CZARNYM ZAKĄTKU


     Rzeka Czarna i będący jej przedłużeniem Kanał Południowy powtarzają istniejący jeszcze w XIII w. bieg Odry (która płynie dziś ówczesnym korytem Baryczy). Płaskie, podmokłe i urodzajne tereny wzdłuż brzegów Czarnej i Kanału zwane były „Czarnym Zakątkiem”. Potoczna nazwa, wywodząca się od zalegających tam ciężkich mad, bywa i dziś używana. Dawniejsi mieszkańcy Czarnego Zakątka (wśród napływowych Niemców długo zachowywała swą odrębność ludność polska) posiadali z pewnością własny, lokalny skarb legend. Zapewne tylko niektóre z nich z nich zostały zapisane.
     Na urodzajnych, ale trudnych do uprawy madach przeważały wielkie majątki ziemskie. Tak jak gdzie indziej, niejeden z tych panków gnębił swoje sługi i okolicznych chłopów. Świadczy o tym najbardziej znana legenda z tamtych stron. Zapisana została w 1920 r. jako, po prostu, legenda z Bockwinkel.

     Dotyczy miejsca tak nazywanego do czasów ostatniej wojny. Położone jest ono na zachód od nieistniejącego dziś folwarku Marienhof (przy drodze z Pęcławia do Czernczyc). Zakątek ten budził respekt podszyty strachem. Wszyscy wiedzieli: „tam straszy!“.  Skąd wzięła się jego nazwa i jak dorobił się złej sławy miejsca przeklętego? W latach wojny trzydziestoletniej (1618 – 48) właścicielem pęcławskich dóbr był nieznany nam z imienia von Bock. Był bogaty i nadzwyczaj przykry dla bliźnich. Wieśniaków przymuszał do nadprogramowej pańszczyzny, oszukiwał i gnębił na wymyślne sposoby. To samo ze swoją służbą.  A gdy pojawiał się na progu biedak proszący o jałmużnę (co w czas wojny bywało szczególnie częste), niechybnie traktowany był batem i poszczuty psami. Atoli przyszedł dzień w którym łotra dosięgła szybka  śmierć. Co było dalej, łatwo odgadnie Czytelnik, który  w poprzednim odcinku poznał historię upiora z Radwanic. W istocie, von Bock z powodu skandalicznego sprawowania się za życia, miał pośmiertnie kłopoty. Jego dusza musiała tamto odpokutować. Szkoda tylko, że wiąże się to zwykle z dalszymi utrapieniami dla miejscowych. Taki złośliwy kobold, nie dość że tłucze się po własnym zamczysku – które wnet kto żyw opuszcza i budowla popada w ruinę – to jeszcze tuła się po całej okolicy, terroryzując ją dokumentnie. Biada temu, kto by się nie zamknął na wszystkie skoble w sypialnej izbie albo - co gorsza - miał nocną porą bliskie spotkanie z wiadomym upiorem; sponiewierany by został straszliwie.
     Na koniec i w Pęcławiu poszli po rozum do głowy. Zaangażowano egzorcystę. Temu udało się wyprowadzić pokutującego ducha w pole. Dosłownie. Pogromca duchów internował go na wieczyste czasy we wspomnianym odludnym zakątku. Tam jednak moc poltergeista obowiązywała nadal. Dlatego omijało się miejsce, który od pamiętnego czasu nazywano Bockwinkel. Kto chce, niech ustala lokalizację i sprawdzi czy duch von Bocka pokutuje nadal za jego ziemskie przewiny.
     Miejscowością o kluczowym znaczeniu dla Czarnego Zakątka było zawsze Przedmoście. W pobliżu wsi znajdują się pozostałości jednego z największych na Śląsku grodzisk. Były to właściwie dwie obwałowane osady. Ziemia w tej okolicy była i jest szczególnie urodzajna. Podczas wykopalisk i przypadkowych znalezisk zawsze trafiały się licznie sierpy.  Według legendy, powtarzanej w Przedmościu i odnotowanej krótko przez Juliusa Blaschke, mieszkańcy osady (której pozostałością jest grodzisko) byli tak bogaci w płody rolne, że pozwolili sobie na ...jazdę na łyżwach w lecie  - na rozsypanej mące! Taka breweria musiała  niechybnie sprowadzić karę niebios. Tak też się stało.
Przedmoście
posiada jeszcze legendę o drewnianym krzyżu.

     Na Drodze Umarłych, wiodącej ze wsi do cmentarza, znajdował się dawniej drewniany krzyż. Wystawiono go tam  ku pamięci i przestrodze. Było tak: pewna pani z Przedmościa wzięła się w dzień Wniebowstąpienia za łatanie odzienia. Umyślnie czy nie  - srodze pokusiła los. Wiadomo: nie robi się takich rzeczy we Wniebowstąpienie. W jakiś czas później, w niedzielne popołudnie udała się do swojej przyjaciółki. Kiedy przechodziła Drogą Umarłych, zaskoczyła ją gwałtowna burza. Zamiast zawrócić, przyspieszyła kroku. Wtedy uderzył w nią piorun – i zabił ją na miejscu.
     Inne legendy wiążą się z krzyżami pokutnymi. Również w Przedmościu spotka się dwa takie pomniki średniowiecznego prawa. Niepozorne „odziomki“ znajdują się po wschodniej stronie drogi z Głogowa do Rudnej, obok przystanku autobusowego. Na jednym z kamieni odczytać daje się ryt miecza. Istnieją dwie wersje zdarzenia, którego pamiątką są krzyże. Dawna kronika szkolna powiada, że przebili się tu dwaj oficerowie w czasie wojny trzydziestoletniej. Inna  niepisana legenda mówi o dwóch czeladnikach, którzy się tu pobili na śmierć.
     Dwa zwietrzałe krzyże pokutne znajdują się w jednej z zagród we Wietszycach. Stoją obok siebie. Drugi z nich przypomina postać ludzką bez głowy. Ma on po obu stronach wyżłobione pionowe, głębokie bruzdy. Wszystko tłumaczy legenda o kamieniach pokutnych z Wietszyc.

     Dawno temu pewien człowiek miał dwóch synów. Bracia kochali się wzajemnie, jak braciom przystało. Gdzie jeden – tam i drugi, jakiego by pierwszy nie wyczytał życzenia w oczach drugiego – spełniał je. Ludzie sławili miłość i zgodność braci, inni rodzice stawiali ich za wzór własnym  dzieciom. Nieoczekiwanie zmarł ojciec tak udanych synów. Obydwaj opłakali go przykładnie i serdecznie. Potem nastąpić miał podział ojcowizny. Każdy z synów chciał mieć ją w całości dla siebie. Zdarzyło się to, czego nie dopuszczał w myślach nikt: synowie popadli w spór.  Wykłócali się, ale i potrafili odłożyć  swoje pretensje na później. Nadszedł czas sianokosów. O brzasku bracia wzięli kosy i poszli na położone nad Odrą łąki, aby je skosić. Kiedy tak szli długimi krokami polną ścieżką, zaczęli znów rozmawiać o ojcowskim wianie. Jeden przez drugiego dowodził, że to on właśnie posiada większe do niego prawa. W zapamiętaniu padały coraz ostrzejsze słowa. Przeszli do rękoczynów. Wreszcie – porwali za kosy i natarli na siebie. W tej samej chwili na nieskoszoną trawę spadła odcięta głowa jednego i zwaliło się, przeszyte ostrzem kosy, ciało drugiego. Przybiegli ludzie, którzy z daleka widzieli zajście. Znaleźli obu braci martwych, leżących obok siebie. Odtąd unikało się tego miejsca i nikt nie ważył się chodzić tamtą ścieżką. Z czasem to się zmieniło: feralne miejsce jest ogrodem, kamienie przycupnęły pod murem domostwa. Kto jednak je ufundował, nie wiadomo.
     Krzyż pokutny zachował się również w Krzepowie. Bardzo zwietrzały, ma jeszcze ślady rytu, być może przedstawiającego kuszę. Z tym zabytkiem wiązać można by zapis w głogowskich rocznikach („Annales Glogoviensis“). Brzmi on: „Anno 1545 Walter von Dohn z Kraschen przebił w Schrepe [Krzepowie] parobka“. W latach 1609 i 1640 zdarzyły się tu podobne morderstwa. Należy wierzyć głogowskiemu kronikarzowi i przyjąć te zbrodnicze czyny za fakty, a nie legendy. Ciężka i niebezpieczna bywała dola wieśniaków w żyznym Czarnym Zakątku. I nie w głowie było im chyba ślizganie się na mące.

Antoni Bok