Środa Śląska

Wołów

Ścinawa

Pęcław

Głogów








Szukaj w serwisie




Legendy i opowieści  >>  Głogów

LEGENDY ZIEMI GŁOGOWSKIEJ


"O GŁODOWEJ ŚMIERCI GŁOGOWSKICH RAJCÓW"

     Niedaleko zamku głogowskiego stała potężna, okrągła wieża; była ona pozostałością starego piastowskiego zamczyska, budowanego jeszcze w 1290 r. przez księcia Konrada II. Po śmierci Władysława , księcia cieszyńskiego i pana połowy Głogowa (w 1462 r.) zamek głogowski został we władaniu wdowy, księżnej Małgorzaty, która przez czas jakiś żyła tu sobie spokojnie. Ale niestety! Na zamek i miasto obrócił wkrótce łakome swe oczy okrutny książę żagański Jan. Dość długo trwały jego zabiegi, aby dostać w swe ręce upragniony głogowski zamek. Wreszcie zniecierpliwiony książę Jan obległ zamek w 1480 r. i zdobył go w najbardziej chyba niezwykły sposób: nie chcąc, by jeszcze jeden gwałt poruszył przeciw niemu i tak już nieraz oburzonych jego okrutnym postępowaniem władców, uciekła się do podstępu.

- Ustawcie wokół zamku machiny i katapulty, a te ręką biegłych strzelców kierowane niech ustawicznie starą czarownicę wraz z jej zamkiem obrzucają łajnem, gnojem i wszelkim cuchnącym śmierwem – rozkazał.

Rozkaz został dokładnie wypełniony. A po kilku dniach w oblężonym zamku zapanował zaduch tak straszliwy, że nikt z obrońców nie mógł go wytrzymać i ze łzami w oczach księżna Małgorzata musiała otworzyć bramy i poddać się napastnikowi.
     Srogie były rządy księcia Jana w Głogowie. Nie minęło jeszcze osiem lat od jego wkroczenia do miasta, gdy powziął podejrzenie, że rada miejska wdaje się w podstępne knowania z jego zaciętym wrogiem,. Królem węgierskim Maciejem Korwinem. Niewiele myśląc Jan kazał wtrącić całą głogowską radę miejską do lochu o chlebie i wodzie. Wkrótce jeden z rajców, Antoni Knap, umarł z głodu i niewygód. Ale kaźń uwięzionych rajców rozpoczęła się dopiero, gdy zausznik książęcy Buszko wyjechał w daleką podróż, zabierając ze sobą klucz di ich więzienia, który z polecenia księcia dzierżył pod swoją pieczą. Pozbawieni wszelkiego pożywienia głogowscy rajcy zginęli wszyscy straszną głodową śmiercią.  Na stole, który stał w ich więzieniu, pozostawili tylko wypalony kagankiem napis, w którym zapewnili o swej niewinności i przeklinali sprawców swych męk i śmierci.
     Przekleństwo ich rychło się spełniło. Książę Jan w niedługi czas po ich śmierci został pozbawiony swych włości, a Buszko pojmany w Kożuchowie zginął pod katowskim mieczem.

_______________________

     Po śmierci Henryka XI księcia głogowskiego w roku 1476 wybuchła walka o Głogów między Janem II a książętami saskimi, krewnymi wdowy po Henryku. Jednakże Henryk władał jedynie połową Głogowa, druga zaś połowa wraz z jednym z zamków od stu lat była w rękach książąt cieszyńskich i tu właśnie władała Małgorzata wdowa po Władysławie, zmarła w 1480 r. Spór skończył się oddaniem książętom saskim Krosna Odrzańskiego, władzę zaś nad Głogowem objął Jan II, z tym, że po jego śmierci Głogów miał przejść w ręce Jana, nieprawego syna króla węgierskiego i zwierzchnika dolnego Śląska, Macieja Korwina. Głogów istniał już w IX w. Jako gród plemienny Dzidoszan. W latach 1501 – 1506 rządził tu jako polski namiestnik królewski na Śląsku i Łużycach późniejszy król Polski Zygmunt Stary, pozostawiając po sobie najlepszą pamięć jako władca i gospodarz. Głogowski zamek książęcy z wieża z XIII w., spalony w 1945 r. jest odbudowany.

"KSIĄŻE JAN I GŁOGOWSCY KANONICY"

     Książę żagański Jan był człowiekiem ponurym, gwałtownym i okrutnym. Mnóstwo sporów i waśni miewał ze wszystkimi. Pewnego razu wybuchł gwałtowny spór miedzy księciem a kanonikami Katedralnymi w Głogowie. W końcu kanonicy chcąc wymóc na księciu ustępstwa rzucili na niego klątwę kościelną, a całego jego księstwo obłożyli interdyktem, zakazując w ten sposób odprawiania wszelkich nabożeństw.
     Wpływ kościoła na życie polityczne był w owych czasach ogromny. Wyklęty książę stawał się osobą stojącą niemal poza społeczeństwem, a jego poddani byli właściwie zwolnieni od obowiązku posłuszeństwa. Zakaz odprawiania nabożeństw także mógł wywołać wśród ludności zamieszki, zwłaszcza gdy niezadowolenie było umiejętnie podsycane przez duchowieństwo. Dlatego też książę Jan, choć sam niezbyt nabożny, postanowił po swojemu, krótko i energicznie załatwić tę sprawę.
     Wysłał posłańca do kanoników z zaproszeniem, aby przybyli do niego na rozmowę. Znęceni nadzieją, że przedmiotem rozmów będą rokowania, które mogą doprowadzić do korzystnej umowy, kanonicy postanowili przybyć. Nie wolno im jednak było wejść do zamku, gdyż nie mogli przebywać pod dachem wyklętego, dlatego zatrzymali się przed zamkiem, na moście zwodzonym nad głęboką fosą. Naprzeciw wyszedł z zasępionym, groźnym obliczem książę Jan otoczony strażą przyboczną. Żołnierze szybko otoczyli przybyłych, a książę zapytał krótko:

- A teraz co wolicie skakać czy śpiewać?

Kanonicy spojrzeli na groźne twarze żołnierzy, na głębię fosy, wypełnionej wodą i odrzekli pokornie, że jednak wolą śpiewać.
     A po niedługim czasie już we wszystkich kościołach księstwa śpiewane były nabożeństwa.

PODANIA DOLNOŚLASKIE

"KSIĘŻNA I GOŁĄB"

     Dwórki kryły się po katach. Stary Suliga, ochmistrz dworu głogowskiego mruczał pod nosem o „Babskich rządach” i nawet piastunka księżnej, która przybyła z niż tutaj przed laty z dalekiego Poznania nie kryła swojego niezadowolenia. Co tu dużo mówić, nawet błazen Rambo schował się w kuchni, gdzie pod opieką kucharza czuł się bezpieczny. Nawet psy, których zwykle wszędzie było pełno, pochowały się po zakamarkach. Powietrze było parne i gorące jak gdyby sama przyroda chciała okazać swoje niezadowolenie. Ale przecież nie to było przyczyną napiętej atmosfery na dworze.

     Księżna Salome nerwowo krążyła po komnacie. Wokół leżały porozrzucane stroje, kolorowe i wabiące, ale nawet one nie były w stanie przyciągnąć jej uwagi. Myśli księżnej krążyły wokół wczorajszej rozmowy z mężem. Rozmowy? Kłótni raczej. Książę Konrad nigdy jeszcze nie był taki rozdrażniony, A zaczęło się przecież tak niewinnie. Wspomniała tylko, że onegdaj zmokła modląc się w miejscowej kolegiacie, której dach przeciekał, a ściany rozpadały się ze starości. Przecież to było widoczne gołym okiem. Konrad rzadko bywał w domu, ciągle w podróży, a nawet podczas pobytu w Głogowie więcej czasu spędzał na łowach w okolicznych lasach niż w zamku. Ale o zamek dbał. Jego budowa była już prawie ukończona, a wysoka murowana wieża dumnie górowała nad miastem. Tymczasem kolegiata była w ruinie. Tylko patrzeć jak się zawali, a to przecież wstyd i obraza Boska. Już teraz bezpieczniej modlić się w malutkim kościółku św. Piotra. A przy tym jak to wygląda, żeby wzniesiony przez mieszczan kościół parafialny św. Mikołaja był większy i ładniejszy niż książęca kolegiata. Do tego nie można dopuścić. To już sprawa honoru.
     I wtedy nieoczekiwanie książę Konrad wpadł w złość. Te baby go wykończą. Najpierw, podczas ostatniego pobytu na dworze króla Przemysława Ottokara, królowa matka upomniała się o pieniądze na krucjatę przeciwko niewiernym. A niby skąd on miał ciągle brać pieniądze. Później dwórka Małgosia, która, nie można powiedzieć, nie skąpiła mu swoich wdzięków, zaczęła nagle płakać i mówić coś o hańbie, której nie przeżyje. A teraz Salome. Ta spokojna i delikatna Salome zaczyna go męczyć budową nowego kościoła. Tak jak gdyby nie dosyć było poprzednich zmartwień. I skąd na to wszystko brać pieniądze. Wszak miasto jeszcze nie zbudowane. Tylko kilkanaście domów wokół rynku. Jeszcze nie przynosi dochodów. A z okolicznych wsi prawie wszystkie daniny są w naturze. Jeść i pić jest co, ale pieniądze? W dodatku gdzie tą kolegiatę budować? Dotychczasowa stała na wyspie, zaraz za rozpadającą się obecnie  brama opustoszonego grodu.  Wszystko tam w ruinie. Tymczasem proboszcz chce koniecznie wystawić nowy budynek na dawnym miejscu, jako że teren należy do niego. A wójt Fryderyk przeciwnie. Widzi kolegiatę tylko w mieście. Wszak splendor od tego rośnie i nowych osadników przyciągnie. Zwariować można.

- Niech Wasza Książęca Mość (książęta tak zwracał się do żony tylko w chwilach największego wzburzenia) nie myśli, że ja wszystko zdzierżę. Niech księżna Pani sama zadecyduje gdzie postawić kolegiatę i znajdzie na to pieniądze. Ja wyjeżdżam. Konie siodłać! Ryknął do zgiętego w pas pachołka i wybiegł z komnaty. Zaraz za progiem mu ulżyło. Podobno w polkowickim lesie pokazało się duże stado jeleni, a przy tym jego giermek Hans wspomniał, że tamtejszy gajowy ma wcale ładną córkę. Można będzie połączyć przyjemne z pożytecznym...

Tak więc wszystko spadło na głowę księżnej. Najpierw rozpłakała się żałośnie. Potem wpadła w złość i nawet rzuciła wrzecionem we wchodzącą do komnaty Małgosię. I czego ta głupia dziewka z takim krzykiem uciekła? Przecież jej nic nie zrobiła. Teraz księżna chodzi po komnacie (izba raczej  - nie to co w poznańskim zamku) i nie może znaleźć wyjścia. Pieniądze może by się znalazły. Trochę da kościół. Zresztą na początek nie trzeba wiele – można użyć ludzi służebnych. Ale wybrać miejsce? W mieście? Proboszcz kolegiaty nigdy jej tego nie wybaczy. Na wyspie? To oznacza wściekłość wójta i niemieckich osadników, a może i niezadowolenie księcia. Co wybrać? I dlaczego raptem wszyscy uciekli? Jak zwykle, nie ma się kogo poradzić.

Księżna klasnęła w dłonie. Do komnaty wszedł pachołek.
- Wołać Magnusa, powiedziała.

Astrolog Magnus, mały i przygarbiony, nie wiadomo od kogo otrzymał swoje przezwisko, ale podobało mu się i chętnie go używał. Mieszkał w niewielkiej komnatce, na szczycie wieży, sam, w towarzystwie starego psa, którego kiedyś przygarnął. Właściwie to nie był on żadnym astrologiem, ale służył kiedyś u mistrza Baltazara w Poznaniu i razem z księżną przyjechał do Głogowa. Z natury odludek, upodobał sobie mieszkanie w wieży. Mówili, że patrzy w gwiazdy i potrafili w nich czytać i z czasem on sam w to uwierzył. Horoskopy układał ręcznie, dbając o to żeby pytający otrzymał to co chciał, ale równocześnie zawsze tak, aby w wypadku niespełnienia się wróżby on sam był zabezpieczony. Mówił mało, ale umiał słuchać i znał wszystkie plotki krążące na dworze. Tym razem również był dobrze poinformowany.

- Księżna Pani wzywała. Mistrz Magnus skłonił się nisko, a jego wysoka czapka zatoczyła wielki łuk.

- Musicie ułożyć horoskop. Chcę wiedzieć co mam uczynić, jaka decyzję podjąć...Książę wyjechał... Kolegiatę budować trzeba, koniecznie... Nie wiada gdzie...

Księżna mówiła pośpiesznie i nieskładnie. Magnus udawał, że słucha z uwagą, ale przecież wiedział już dokładnie o co chodzi. W zamku ściany miały uszy i od dwóch dni o niczym innym się nie mówiło. Udawał, że się zastanawia, po czym odpowiedział.

- Natychmiast ułożę kartę. Ale dostojna Pani konstelacja gwiazd jest niepomyślna. Jowisz w opozycji. Dominanta Marsa. Merkury w ósmej kwadrze. Trzeba czekać, może nawet i kilka tygodni...

Magnus zdawał sobie sprawę z tego, że bredzi, ale przecież księżna nie miała pojęcia o astrologii, a on sam nie był na tyle głupi aby się mieszać w sprawy jej i księcia. To mogło być niebezpieczne. Najlepiej przeczekać.

- Dobrze odejdźcie.

Księżna już wiedziała, że od Magnusa nie może spodziewać się pomocy. Pewno teraz zaszyje się w swojej wieży, rozłoży wielką księgę i będzie na karcie pergaminu kreślił różne dziwne znaki. Raptem ogarnęła ja wielka żałość. Przypomniała sobie jak dobrze, jak beztrosko spędzała dzieciństwo w Poznaniu. Upadła na łoże i zaczęła szlochać, początkowo bezgłośnie, a potem już coraz żałośniej i coraz bardziej rozpaczliwie. W pewnej chwili poczuła, że czyjaś dłoń gładzi ją po twarzy. To stara piastunka, nie mogła znieść płaczu ukochanej pani. Teraz siedziała na łożu i ogarnęła ją ramieniem.

- Co ci jest dziecino. Czego płaczesz? Szkoda twoich łez.

- Co robić nianiu?

- Uspój się. Zaraz cos wymyślimy. A może tak powróżyć?

- Grzech nianiu i nic nie da? Przecież jak by nie zrobić i tak wyjdzie na złe. Budować świątynię w mieście – kanonicy klątwę rzucą. Na wyspie – Niemce się wściekną i będą szkodzić, a przecież my wśród nich siedzim. Książę wielce na nich liczy. Co zdziełać?

- Jest na to sposób dziecino. Trzeba tak czynić, aby to oni sami zgodzili się na wróżbę. Zróbmy tak: Trzeba rozpuścić wieść w mieście, że księżna chce budować kościół na wyspie. Niech się Niemce złoszczą. A kanonikom po cichu przekazać, ze kolegiata będzie w mieście. Potem wezwać proboszcza i wójta do zamku i niech sobie skaczą do oczu. A kiedy obaj się wyzłoszczą ty zaproponuj żeby los rozstrzygnął. I co, dobrze wymyśliłam? Już ja się wszystkim zajmę.

Przez dwa dni okolica aż się trzęsła od plotek. Niemce zbierali się na rynku i szwagrowali tak głośno, że aż w zamku było słychać. Na wyspie było cicho, tylko proboszcz zarządził wielogodzinne modły i posty, dla odwrócenia nieszczęścia. Na trzeci dzień księżna wezwała proboszcza i wójta na zamek. Wprowadzono ich do paradnej komnaty i oznajmiono, że mają czekać, bo pani jeszcze nie gotowa. Początkowo obaj patrzyli na siebie z pode łba. Rychło jednak poczęli się kłócić, krzyczą równocześnie i tak głośno, że w całym zamku było słychać. Pozwolono się im wywrzeszczeć. Kiedy już obaj prawie ochrypli od krzyku, otworzono drzwi i stary sługa księżnej, zwany przez niektórych majordomusem, otworzył drzwi i głośno zastukał w podłogę ogromną laską.

- Księżna Pani! Oznajmił donośnym głosem.

Obaj adwersarze zamilkli i pochylili się w głębokim ukłonie.

- Witajcie Panie Kanoniku i Wy Wójcie Fryderyku. Toć widzę, że niezgoda między wami. Jakże to. Przecież o świętym przybytku mamy radzić. W takiej sprawie pokój przystoi bardziej. Co nam chcecie rzec?

Obaj zaczęli przekładać swoje racje. A, że jeszcze nie ochłonęli z niedawnej kłótni, więc też mówili obaj na raz, coraz głośniej i szybciej. W dodatku kanonik po polsku wójt po niemiecku. Księżna poczuła złość. Cóż to? Ona, wnuczka królów Polki, władców wszystkich tych krain, którą tych oto dwóch przybłędów obraża, nie bacząc na jej urodzenie i stanowisko. Ogarnął ją straszny gniew.

- Milczeć, bo do lochu wrzucić każę! Nie składano wam się godzić, to niech los rozstrzygnie. Onegdaj dostałam od niewinnej dziewki białego gołębia. Jutro po mszy u św. Piotra wypuszczę go z wieży zamkowej. Tam gdzie usiądzie będziemy chram stawiać. I ani słowa więcej, bo poznacie, że nie tylko książę umie karać. Idźcie precz.

Nazajutrz dzień wstał ciepły i słoneczny. Prawie cały dwór zgromadził się na dziedzińcu. Księżna ubrana w białą, powiewna szatę. Obok niej kapelan. Stary majordomus i dwórki w komplecie, przejęte powagą chwili. Obaj wczorajsi przeciwnicy ochłonęli już, ale przezornie ustawili się po przeciwnych stronach. Mała Danusia, wychowanica Księżnej, bardzo przejęta, trzymała klatkę z białym gołębiem. Wszyscy powoli weszli na wieże. Po drodze dołączył do nich jeszcze mistrz Magnus. Horoskopu oczywiście nie przygotował, ale jakże by tak ważne wydarzenie mogło się bez niego obejść. Na szczycie wieży zrobiło się tłoczno.
     Księżna stanęła przy
balustradzie. Skinieniem ręki przywołała Danusię. Kapelan pobłogosławił klatkę z gołębiem. Na polecenie księżnej Danusia otworzyła ją. Biały gołąb wyfrunął, wzbił się wysoko w górę i zaczął zataczać koła. Początkowo poszybował nad miastem i wójt Fryderyk poczuł przypływ radości, zdawało się bowiem, że usiądzie na drzewie rosnącym na rynku. Gołąb jednak poleciał dalej. Ponownie przeleciał obok wieży na drugą stronę Odry i widać zmęczony lotem, usiadł na bramie dawnego grodu.

- Bóg tak chciał. Powiedziała księżna.

- Laudetur Jezus Chrystus – kanonik nie krył swojej radości.

Tylko Fryderyk milczał i ponuro patrzył w ziemię.
     Minęły lata. Na Ostrowiu
Tumskim, w miejscu gdzie kiedyś usiadł biały gołąb stanęła murowana, gotycka kolegiata. Księżna nie doczekała zakończenia budowy. Pochowaną ją w kościele św. Piotra. Ale jej syn i następca Konrada na tronie książęcym, Henryk III wykonać kazał dwa piękne posągi fundatorów kolegiaty: Konrada i Salome, które stanęły w niszach po obu stronach prezbiterium. I stały tak przez wieki. Nie imały się ich żadne nieszczęścia, których los, a częściej jeszcze źli ludzie, nie szczędzili świątyni. W XIX w. padająca wieża zniszczyła posąg Konrada. Figura księżnej Salome stała zasłonięta malowidłami i zapomniana. W czasie oblężenia miasta w 1945 r. kolegiata została spalona. Zawalił się dach. Opadły malowidła zasłaniające posąg i ukazał się on w całej swojej krasie. Niedługo potem został zabrany do Poznania, odrestaurowano i można go podziwiać w poznańskim Ratuszu.

     Ale przecież nie tam jest jego miejsce.  Pierwsza Księżna Głogowska powinna wrócić do Głogowa, z którym związała całe życie, do głogowskiej kolegiaty, po jej obudowaniu. I na pewno powróci.

"BIAŁA DAMA"

     Działa się to wkrótce po tym kiedy to po zniszczeniach ostatniej wojny, na początku lat osiemdziesiątych, odbudowano Zamek Książąt Głogowskich.  Na portierni świeżo otworzonego w nim muzeum Hutnictwa i Odlewnictwa Metali Kolorowych pełnił dyżur stary portier. Zapadła noc i wszyscy pracownicy dawno już poszli do domu. Księżyc świecił jasno a na dziedzińcu zamkowym widać cienie jego murów i wieży. Portier drzemał na krześle. W pewnej chwili ocknął się. Właściwie nic konkretnego się nie zdarzyło, ale ogarnął go jakiś nieokreślony niepokój. Coś nienaturalnego wisiało w powietrzu. W pewnej chwili drewniane schody prowadzące na pierwsze piętro zaczęły skrzypieć. Nie było jednak słychać kroków. „Ki diabeł” – pomyślał sobie portier, wychylił się jednak przez okno portierni i zaczął się przyglądać.  Raptem coś dziwnego, jakaś biała zjawa pojawiła się w polu widzenia. Bezszelestnie weszła do sini zamkowej. Zatrzymała się chwilę, rozglądając się dookoła a później zniknęła po prawej stronie, gdzie były sale wystawowe i zejście do piwnic.
     Portier stał przez
chwilkę jak sparaliżowany. Potem ocknął się i z krzykiem wyleciał na dziedziniec. Jak oszalały pobiegł na drugi jego koniec a tam wcisnął się w dziurę utworzoną w pozostawionych przez budowlanych deskach. Rano pracownicy muzeum odnaleźli go w niej. Ciągle jeszcze dygotał ze strachu i z zimna. Pracownicy podejrzewali, ze może trochę za dużo wypił i usiłowali go przekonać, ze uległ złudzeniu. On jednak żadna miarą nie chciał się odtąd zgodzić na pełnienie nocnych dyżurów. Wkrótce potem zwolnił się z pracy i słuch po nim zaginął. Nikt też już potem nie widział Białej Damy.
     Kim jednak
mogła być ta dziwna zjawa, która przez stulecia dawała się we znaki kolejnym lokatorom głogowskiego zamku, aby po raz ostatni pojawić się po jego odrestaurowaniu. Niegdyś opowiadano tak:
 
      Dawno, dawno temu w głogowskim zamku mieszkał książę Zygmunt. Pochodził ze starego, litewskiego rodu i był synem króla polskiego Kazimierza Jagiellończyka. Wychowany starannie, z natury dobry i prawy, długo jednak nie mógł uzyskać stanowiska odpowiedniego jogo urodzeniu. Do tronu polskiego pretendowali w pierwszej kolejności jego starsi bracia, jeden z nich został królem Czech i Węgier inny biskupem, a on sam długo pozostawał księciem bez księstwa. W końcu ulitował się nad nim starszy brat Władysław, na którego dworze w Budzie Zygmunt przebywał przez kilka lat i uczynił go księciem głogowskim, a później swoim namiestnikiem na całym Śląsku.
     Wkrótce
potem młody książę przyjechał do Głogowa, a po wyremontowaniu bardzo zniszczonego zamku zamieszkał w nim i pilnie zajął się sprawami powierzonego mu księstwa. A spraw tych było bardzo dużo i bardzo trudnych i pilnych. Na drogach grasowali rozbójnicy i napadali na kupców jadących z towarami. W księstwie kursowały różne monety, które fałszował kto chciał. Szerzyła się lichwa i pomiędzy dłużnikami a wierzycielami trwały ciągłe spory. Brakowało dobrego prawa i sprawiedliwych sądów. Trzeba było włożyć wiele wysiłku i stracić ogromnie dużo czasu aby wszystko to uporządkować i książę Zygmunt zajął się tymi sprawami, zawsze bowiem chciał by7ć pożyteczny dla swoich poddanych i dobrze wykonywać swoje obowiązki.
     Książę
przyjechał nie sam. Przywiózł ze sobą wielu młodych i zdolnych ludzi, sowich przyjaciół i towarzyszy, którzy na głogowskim dworze, podobnie jak on sam, uczyli się dobrze rządzić i gospodarować. Przyjechała z nim również młoda i bardzo piękna kobieta – Katarzyna Telniczanka. Nie wiemy kiedy ja Zygmunt poznał, ale zapałał do niej ogromną miłością, tak wielką, że pomimo różnicy stanów (Katarzyna była ubogą morawska szlachcianką) w żaden sposób nie chciał się z nią rozstać. Mieli już troje dzieci, dwie córki i syna i kochali się bardzo. Ich syn Janek, wychowywał się nawet na dworze polskim, były to bowiem jeszcze te dobre czasy, kiedy uczucia dwojga ludzi szanowano, nawet wtedy, kiedy nie były oficjalnie pobłogosławione przez kościół i uznane prze władze świeckie.
     Tak to
oboje Zygmunt i Katarzyna żyli sobie spokojnie w Głogowie i wydawałoby się, że nic im do szczęścia nie brakuje. I pewno na tym by można skończyć i nic więcej nie byłoby do dodania gdyby nie pewna sprawa, która jak ponury cień kładła się na tych dwojgu ludziach. Tą sprawą była przykra choroba, na którą cierpiał Zygmunt. A chorobą tą były ciężkie i powtarzające się ataki migreny. Książę najpierw czuł ucisk w skroniach, potem zaczynało mu rozsadzać czaszkę. Ból pulsował i natężał się. Obejmował całe ciało. Ściskał żołądek, który zdawało się, podchodził do gardła. Z oczu ciekły mu łzy, a w głowie się kręciło. Zygmunt uciekał do swojej komnaty, którą kazał obić na czarno, zaciągał zasłony, kładł się na łożu i obwiązywał sobie głowę chustą ściskając ja z całej siły. I jęczał, bo chwilami już  nie mógł wytrzymać bólu. I tak było po kilka dni z rzędu, a potem krótka przerwa i znowu od początku. Ani myśleć, ani z ludźmi rozmawiać, ani decydować. I ciągły strach przed powrotem choroby. Atak wywołać mogło wszystko. Zdenerwowanie, szklanica wychylonego piwa, kieliszek wina. Głośna muzyka i hałas, zapach kwiatów i smród dobiegający z e stajni. Nagłe zdenerwowanie, a nawet niespodziewana radość. Zmarnowana połowa życia. 
     Wszystko to,
byłoby jeszcze może do zniesienia dla zwykłego człowieka. Ale przecież Zygmunt był księciem i to w dodatku coraz większe miał widoki na objęcie tronu polskiego.  W Rzeczpospolita wówczas była mocarstwem, jednym z największych w Europie i tron miała elekcyjny. Nie do pomyślenia było aby jej władca miał być człowiekiem tak bardzo niesprawnym, niezdolnym całymi tygodniami do normalnego myślenia i co gorsze do podejmowania racjonalnych decyzji i szybkiego działania. Taki władca był by dla państwa niebezpieczny. Takiego nigdy by na króla nie wybrano.
     Książę więc
jak mógł starał się nie ujawniać swoich dolegliwości. Ale jakże takie dolegliwości mogły się ukryć na dworze. Wszyscy przecież widzieli jego poszarzałą z bólu twarz i słyszeli nieskładne wypowiedzi i te niecierpliwość, którą było widać kiedy słuchał, niejednokrotnie zresztą przydługich, oracji innych. Do tego znikał często i na długo w swoim pokoju, gdzie z dala od hałasu czuł się najlepiej. Książę gryzł się tym zresztą ogromnie, bo coraz więcej i coraz ważniejszych gości wypadało mu podejmować, a i sam winien wykazywać dużo inicjatywy do zyskania sobie poparcia możnych panów i braci szlachty w Polsce i życzliwej neutralności, a przynajmniej obojętności zawistnych sąsiadów.
     Katarzyna
martwiła się nie mniej od Zygmunta. Był dla niej jedyną i najważniejszą istotą na świecie. Starała się jak mogła chronić go od wszystkiego tego co mogło wywołać ból, ale tak niewiele mogła. Dowiadywała się też pilnie, poprzez zaufanych dworzan, czy nie znalazłby się jakiś lekarz, albo znachor, który mógłby uleczyć księcia. Długo zresztą te starania pozostawały bezskuteczne. Przyprowadzano do niej różnych szarlatanów, stare znachorki i wiedźmy żyjące w lasach, ale ich rady i lekarstwa nie wywoływały żadnych pozytywnych skutków. Jednakże razu pewnego dowiedziała się, że w puszczy koło Żagania mieszka sędziwy pustelnik, sławny w okolicach ze znajomości ziół i różnych dziwnych sposobów, skutecznych w wielu dolegliwościach. Mówiono o nim, że czyni cuda i niejednemu już pomógł w bardzo poważnej chorobie. Katarzyna korzystając z dłuższej nieobecności księcia, wybrała się do niego w towarzystwie służącej i zaufanego dworzanina. Starzec mieszkała w rozpadającej się chatce na skraju polany. Najpierw długo nie chciał wyjść z domu. Potem popatrzył na nią uważnie i przenikliwie, wysłuchał nie przerywając jej, trochę nieskładnej opowieści i po długim czasie, kiedy już utraciła nadzieję na uzyskanie jakiejkolwiek rady, powiedział:

- Wierzę córko, że prawdziwa troska o najbardziej kochanego człowieka przywiodła cię do mnie. Mogę ci pomóc. Ale zważ proszę, czy naprawdę tej pomocy pragniesz. Dam ci lekarstwo dla księcia i ból ustąpi, tylko że będzie on już zupełnie innym człowiekiem. Czy tego pragniesz?

- Jakże to, ojcze? Co go odmieni? Kim będzie? Powiedz mi bo nie mogę pojąć.

- Widzisz dziecko książę żyje teraz jak w omamie. W objęciach ciężkiej choroby. Myśli o niej, boi się jej i cały czas jak potrafi chroni się. Chroni się do ciebie, wiedząc ze ty jedna go zrozumiesz i przed tobą nie musi ukrywać swoich słabości i cierpienia. Jeżeli ból ustąpi będzie zupełnie odmieniony, będzie go rozpierać energia. Zobaczy świat jakiego nigdy nie widział. Pełen barw i blasków. Może zdziałać wiele, zostać królem potężnego państwa, pokonać odwiecznych wrogów i przedłożyć swój ród. Ale może wtedy będzie musiał od ciebie odejść. Czy się na to zgodzisz? Czy potrafisz usunąć się w cień. A może lepiej żeby zostało tak jak jest? Wszak ty jesteś mu najbardziej potrzebna.

- Ojcze, niech będzie co ma być. Ja dla niego jestem gotowa na wszystko, a nie mogę już patrzeć jak się męczy. Daj mi lekarstwo.

- Skoro nalegasz. Ale zważ, ze sama tego chciałaś i mnie nie wiń – mrukną pustelnik. Odszedł już zaraz do swojej chatki, a po dłuższej chwili wrócił trzymając sporych rozmiarów tutkę z kory brzozowej.

- Wsypuj dziecko księciu szczyptę tego proszku do napoju. Każdego dnia do następnej pełni księżyca. Ból księcia ustąpi i nie wróci prędko. Nie bój się, to nie trucizna. Pomoże na pewno.
To mówiąc usypał sobie trochę na dłoń i połknął, idź z Bogiem.


Katarzyna zabrała lek, podziękowała pięknie i wróciła na zamek. Odtąd przez następny miesiąc codziennie podawała księciu lekarstwo. Początkowo nie było widać żadnego skutku, ale gdzieś po dwóch tygodniach książę jakby odżył. Bóle ustąpiły, zaczęło mu przybywać w sposób widoczny sił. Poweselał i zaczął szukać towarzystwa innych. Rozwinął też szeroką działalność dyplomatyczną. Wyjeżdżał często i na długo. Przyjmował gości i odbywał ożywione narady z coraz większym zespołem doradców, a nie bał się też wychylić pucharu wina, nie stronił już od ulubionej niegdyś gry w karty, nie unikał muzykantów i śpiewaków. Jednym słowem na zamku głogowskim zaczęto żyć zupełnie inaczej, tak, jak na innych dworach, może tylko z tą różnicą, ze książę lubił otaczać się ludźmi światłymi i uczonymi, prowadzić z nimi dysputy, a i sam dużo czytał i umysł miał otwarty na wszystkie nowości jak mało który z ówczesnych władców.
     Niedługo
potem zmarł brat księcia, król Aleksander. Książę Zygmunt pośpiesznie udał się na Litwę, aby objąć należną mu dziedziczoną władzę wielkoksiążęcą, a stamtąd już jako Wielki Książę Litewski do Krakowa, gdzie Rada Senatorów, acz z pewnymi oporami i wahaniami, zaznaczając że czyni to ostatni raz i że w przyszłości sama zadecyduje, bez szantażu Litwinów, kto ma zostać władcą Polski, obrała go królem. Odbyła się uroczysta koronacja i Zygmunt zamieszkał na Wawelu.
     A co
się stało z Katarzyna Tolniczanką? Król Zygmunt zabrał ja z dziećmi do Krakowa i bardzo zadbał o to aby na niczym im nie zbywało. Mieszkała początkowo na Wawelu, a potem w kupionej prze Zygmunta kamienicy na rynku w Krakowie. Ale stało się tak jak przewidywał pustelnik. Nadszedł moment, kiedy trzeba było pomyśleć o zapewnieniu ciągłości dynastii, a Katarzyna królową zostać nie mogła. Nie zgodzili by się na to Panowie i Rada. Dzieci z takiego związku nie mogły by uzyskać uprawnień monarszych. Przed ślubem  z Barbarą Zapoly’ówną Zygmunt wydał więc swą długoletnia metresę za polskiego magnata, dworzanina i przyjaciela Andrzeja Kościelskiego, któremu zresztą jego krewni długo tego związku nie mogli wybaczyć. Żyła jeszcze wiele lat otoczona dostatkiem, obok bowiem wielu nadań królewskich odziedziczyła majątek swojego męża. Jej córki bogato wyszły za mąż. Po śmierci męża osiadła na dworze syna Jana, biskupa wileńskiego. Prowadziła zresztą bardzo światowe życie. Ubierała się modnie, flirtowała i do starości otaczała się młodymi mężczyznami. Czy była szczęśliwa? Tego nikt na pewno nie wie. Ale mówiono, że nie, i że nigdy nie przestała kochać króla Zygmunta. Cieszyła się w Polsce znaczna popularnością, ale przez ludzi związanych z dworem nie była lubiana. Nazywano ją jędzą i czarownicą. Opowiadano, że ma upodobanie w plotkach i niecnych intrygach a nade wszystko lubi zbierać dziwne zioła i warzyć z nich różne mikstury, podobno służące do utrwalenia urody. Kto jednak wie może i otruć nimi można? Kiedy umarła nikt po niej nie płakał.
     Król
Zygmunt żył jeszcze długo, zbudował na Wawelu nowy zamek, doczekał się też za życia koronacji swojego syna Zygmunta Augusta na króla Polski i w związku z tym otrzymał przydomek Stary. Mówiono jednak, że po śmierci jego ukochanej żony, królowej Barbary, wróciły mu dawne uporczywe migreny i że to właśnie było przyczyną, iż tak trudno było uzyskać u niego jakąkolwiek decyzję. Czy jednak tak było naprawdę? Królowie bardzo starannie ukrywali wówczas swoje dolegliwości i w oczach poddanych zawsze chcieli uchodzić za ludzi zdrowych, silnych i pełnych energii.
     A nocą
po komnatach głogowskiego zamku snuła się biała dama. Nikomu ni czyniła krzywdy. Opowiadano, ze wraca tam, gdzie w życiu była najbardziej szczęśliwa. I zastanawiająca rzecz. Ponoć najczęściej widziano ja jak przechodziła z komnat mieszkalnych na pierwszym piętrze do piwnicy, gdzie niegdyś mieściły się zamkowe kuchnie. Czyżby chciała przedłużyć o wieczność drogę, którą przynosiła księciu Zygmuntowi napój z dosypywanym lekarstwem? Ale teraz chyba już jej nie zobaczymy. Ten zamek nie bardzo jest przecież podobny do dawnej rezydencji księcia, tyle razy już był niszczony i odbudowywany. Gdybyśmy jednak w jasną księżycową noc ujrzeli kiedyś białą zjawę, pozwólmy jej przejść spokojnie. Przecież każdy z nas ma prawo powrócić tam, chociażby w myślach lub wspomnieniach, gdzie czuł się kiedyś bardzo szczęśliwy.

„Legendy głogowskie” Janusz Chudkowski